Telefon: 601 513 015 ♦ e-mail: szkolenia@alti-paralotnie.pl

Historia paralotniarstwa

Od kiedy na ziemi pojawili się ludzie, zaczęli marzyć o lataniu.
Winne temu były ptaki, które prowokowały ambitnego Homo Sapiens do prób oderwania się od ziemi. Nie jest to udowodnione archeologicznie, ale zupełnie możliwe, że konstruował zakładany na ramiona stelaż obciągnięty skórami zwierzęcymi i próbował naśladować ptaki. Ile takich prób zakończyło się połamaniem kości śmiałka, nie wie nikt. W świecie sag i bajek latanie nie było żadnym problemem. Wykorzystywano dywany, miotły, skrzydlate hełmy oraz zaczarowane buty.

Czy Dedal był pierwszym człowiekiem, który wykonał prawdziwy lot? Jego syn Ikar, często uznawany za symbol odwagi, wolności i młodości, swoją próbę ustanowienia rekordu wysokości musiał przypłacić życiem.
W XIV wieku portugalski odkrywca opisał Chińczyków wykonujących skoki z wysokich wież na parasolach lub podobnych urządzeniach. O takich skokach pisano dosyć często, jednak zazwyczaj nie z powodu wyczynu, ale niezbyt miękkiego lądowania.

Dopiero genialny artysta i wynalazca Leonardo da Vinci dostarczył ludzkości niezbędne podstawy teoretyczne. Mimo, że żadna z jego maszyn latających nie oderwała się wtedy od ziemi, wiele szczegółów konstrukcyjnych jego projektów można znaleźć w dzisiejszych urządzeniach latających. Z pomocą teorii da Vinci`ego lub bez, ignorując szyderstwa ludzi, nadal majsterkowano i budowano urządzenia mające służyć do oderwania się od ziemi. Wiele z tych prób lotów nie mogło zostać uwieńczonych sukcesem, ponieważ konstruktorzy wyznaczyli sobie nieosiągalny cel - polecieć jak ptak.
Do dzisiaj nie udało się stworzyć urządzenia latającego na zasadzie trzepotania skrzydłami. Pierwszy udokumentowany historycznie skok z wieży na konstrukcji z drewna i materiału wykonał w Wenecji Fausto Veranzio w roku 1620.
Pierwszymi, którym udało się utrzymać dłużej nad ziemią byli bracia Montgolfier, lecący balonem na ogrzane powietrze. Brzegi balonu narażone były na działanie otwartego ognia i niebezpieczeństwo katastrofy, dlatego zaczęto myśleć o sprzęcie ratowniczym do opuszczania płonącego balonu. 22 października 1797 r. André-Jaques Garnerin wykonał skok z balonu. Jego spadochron wpadł w szybki ruch wahadłowy, ale najważniejsze było to, że skoczek przeżył.

W Polsce jednym z pionierów był Jan Wnęk, który zbudował konstrukcje wzorowane na ptasich skrzydłach i wykonał na nich kilka lotów z wieży kościoła i z pagórka. Jeden z lotów w 1869 roku zakończył się śmiertelnym upadkiem. Epokę nowoczesnego lotnictwa rozpoczął Otto Lilienthal, któremu w 1891 roku udało się polecieć na urządzeniu "cięższym od powietrza".
Jego pomysły błyskawicznie nabrały rozgłosu.
W tym samym czasie kolejny Polak - Czesław Tański pracował na swoim aparatem latającym, który nazwał "lotnią". Nie dopracował jednak swojego wynalazku, ponieważ mieszkał na nizinach, a poza tym miał wiele innych zainteresowań. W roku 1903 odbył się pierwszy lot samolotu braci Wright. Kilka lat później Bleriot przeleciał przez kanał La Manche, a w pierwszej wojnie światowej samoloty zastosowano jako broń bojową. W tej samej wojnie użyte zostały również spadochrony. Nie po to, by ratować pilotów zestrzelonych samolotów, bo na to nie pozwalał im honor, ale po to, żeby załoga balonu na uwięzi mogła bezpiecznie opuścić płonący balon.

W okresie międzywojennym rozwinęło się także rekreacyjne latanie szybowcami i samolotami. a wojna światowa poczyniła wiele krzywdy i spustoszenia, ale dla lotnictwa była wielkim krokiem w rozwoju. Spadochroniarstwo rozwinęło się jako samodzielny sport lotniczy, którego podwaliną były doświadczenia amerykańskich spadochroniarzy po inwazji na Normandię.
Chociaż okrągłe czasze były prawie nie sterowane i szybko opadały, coraz więcej śmiałków wyskakiwało z samolotów.

Końcem lat 50-tych spadochroniarze zaczęli próbować startów z ziemi. Jednak dopiero w roku 1962 angielski spadochroniarz Walter Neumark wystartował na własnych nogach i został wyholowany na dużą wysokość. Bardzo ważną postacią w historii miękkopłatów okazał się Francis Melvin Rogallo, który pracował kilkadziesiąt lat dla amerykańskich Sił Powietrznych. Rogallo zaprojektował serię prostych latawców, pomyślanych dla dzieci.
Wpis patentowy nosi datę 23.11.1948. Konstruktor wiedział, że miękka powierzchnia z podwieszonym ciężarem może osiągnąć stabilny stan lotu. Jednak plany trafiły do szuflady i mogłyby tam leżeć do dziś, gdyby nie rosyjscy eksperci rakietowi, którzy w 1957 r. wystrzelili w kosmos pierwszego satelitę "Sputnik".
W Białym Domu zadźwięczały dzwonki alarmowe, przemysł zbrojeniowy wydał miliardy dolarów, powstała NASA. Miękkie płaty Francisa Rogallo miały służyć do bezpiecznego przetransportowania na ziemię zużytych części rakiet.
Po długoletnich, całkiem skutecznych próbach NASA zarzuciła jednak projekt "Parawing". Tymczasem emerytowany inżynier opublikował w fachowym czasopiśmie swój pomysł na nowe urządzenie latające - lotnię. Latawce Rogallo w kształcie delty, zbudowane z rur bambusowych i tkaniny unosiły się lepiej od całkiem miękkich "spadochronów komorowych". Ekonomicznie myśląc Rogallo skoncentrował więc swoje prace na latawcach - lotniach.

Pierwsza lotnia z pilotem poleciała w roku 1962 i tylko kwestią czasu był dalszy rozwój konstrukcji, aż do dzisiejszych skrzydeł wyczynowych. "Paralotnie" Rogallo znów wylądowały w szufladzie. Miękkie skrzydło nie przekształciłoby się w bezpieczny przyrząd latający gdyby nie amerykański konstruktor Steve Snyder i Kanadyjczyk Jalbert. Snyder w roku 1965 uszył pierwszy prostokątny spadochron komorowy.
Jalbert wykonał testy urządzenia, po których skrócił środkowe linki i zmienił kąt natarcia, żeby zmniejszyć szarpnięcie przy otwarciu. Odważni skoczkowie wykonywali skoki z tym spadochronem ze skoczni olimpijskiej w Lake Placid. Wtedy urządzeniem zainteresowała się Armia, chcąc poprawić konstrukcję, podczepić do niej silniczek napędzający i wykorzystać do transportowania zestrzelonych pilotów myśliwców przez linię frontu do ojczyzny. Projekt rozbił się o coś bardzo prostego - dobry pilot myśliwca niekoniecznie może być dobrym pilotem paralotni.

Dopiero we wczesnych latach 70-tych w USA pierwsi spadochroniarze wystartowali ze stoków górskich, żeby zaoszczędzić na kosztach samolotu. Ponieważ w tym samym czasie pojawiły się pierwsze lotnie, latanie na spadochronach nie stało się popularne. W Europie lotnie przełamały pierwsze lody po locie Mike'a Harkera w 1972 r. z Zugspitze. Szkoły i producenci zaczęli wyrastać jak grzyby po deszczu. Jednak duża ilość wypadków szybko zmąciła obraz lotni jako "powietrznego roweru", na którym każdy łatwo i szybko może nauczyć się latać.

Wzrost poziomu bezpieczeństwa był bardzo powolny, dlatego nie doszło do masowego rozwoju lotniarstwa. Tymczasem nie tylko w USA odbywały się próby startu na spadochronach ze zboczy górskich. Alpiniści i piloci widzieli przyszłość dla spadochronów, ze względu na łatwość transportu i możliwość szybkiego rozłożenia. Dieter Strasilla poleciał na skonstruowanym przez siebie spadochronie komorowym o nazwie Sky-Wing. W latach 60-tych rozpoczął próby, a w 1974 r. skonstruował skrzydło siedmiokomorowe o powierzchni 32 m2. Jego dziełem było także skrzydło służące wyłącznie do startów z górskich zboczy, a nie jako spadochron.

Jednak nasze dzisiejsze paralotnie nie wywodzą się od Sky-Winga - wielki sukces został wywołany przez kogoś innego. Trzej spadochroniarze z Mieussy we Francji zaczęli pierwsze próby lotów ze zboczy górskich inspirowani obserwacjami skoczków z USA. 27 czerwca 1978 r. Jean Claude Betemps rozłożył na starcie swoje skrzydło Stratocloud, o powierzchni 24,5 m2. Rozpoczął bieg w dół zbocza, trzymając w rękach tylko sterówki. Skrzydło szybko napełniło się powietrzem i pilot oderwał się od ziemi. Szybko wytracił 1000 m wysokości, ale wiedział, że urządzenie działa.

Po nim poleciał André Bohn, a następnego dnia artysta Gérard Bosson. Także jego zainfekował nowy wirus latania. Każdego dnia po pracy jechał na Pertuiset i latał. Końcem roku 1978 było już piętnastu górskich spadochroniarzy. Bosson założył klub "Les Choucas", a wspierał go w tym burmistrz Mieussy, będący również pasjonatem spadochroniarstwa.
Podczas otwarcia Lotniowych Mistrzostw Świata w 1979 roku w St. Hilaire-du-Touvet, członkowie klubu "Les Choucas" zademonstrowali swój nowy sport. Warunki nie były idealne i pokaz okazał się skromny, ale wystarczający, by we wrześniu pokazano w telewizji kilkuminutowy film na ten temat.

Kolejne informacje w prasie fachowej wspomogły rozwój sportu. Również technika ulegała poprawie. Początkowo skrzydło układano na dolnej powierzchni i startowano trzymając w rękach tylko uchwyty sterownicze. Dopiero w marcu 1980 r. pojawiła się stosowana do dzisiaj technika startu ze skrzydłem ułożonym na górnej powierzchni, wlotami komór do góry, trzymając w rękach przednie taśmy i sterówki. Nadal byli jednak potrzebni przynajmniej dwaj pomocnicy, trzymający skrzydło wysoko w górze, ponieważ miękki materiał utrudniał napełnienie skrzydła.

W roku 1982 Roger Fillion zleciał z Mont Blanc. Bosson i Betemps otwarli profesjonalną szkołę w Mieussy, powstały także inne szkoły we Francji. W 1983 r. zostały zorganizowane pierwsze duże zawody na celność lądowania. Próbowano już także utrzymać się w powietrzu jak najdłużej, co nie było zbyt przyjemne w prostych uprzężach spadochronowych.
Czas lotu był ograniczony do ok. kwadransa. Rekordy posypały się w roku 1985. Richard Trinquier wykonał w Mieussy najdłuższy dotąd lot. Wyposażony w jedenastokomorowe skrzydło firmy Parachute de France, uprząż którą sam uszył i wariometr z szybowca, 23 lipca wykonał lot trwający 5 godzin 20 minut na żaglu, z pomocą termiki.
Nawet lotniom niełatwo było pobić taki rekord. Wszyscy byli pewni, że spadochron szybujący jest prawdziwym urządzeniem latającym. Szkoła w Mieussy nie mogła się opędzić od chętnych do latania. Ludzie ustawiali się w kolejkach, żeby wykonać jeden ślizg, ponieważ było mało skrzydeł. Skrzydła nie były drogie, ale trudnodostępne.

W czerwcu 1985 r. pilot Didier Favre dokonał nad Saleve zdumiewającego odkrycia. Lecąc na lotni zdobywał wysokość do swojego pierwszego przelotu 200 km, kiedy zobaczył obok siebie szybujący spadochron. Nie wierzył własnym oczom i następnego dnia wykonał dwa ważne telefony. Jeden do Huberta Aupetit, znanego dziennikarza sportowego i lotniarza, i do Laurenta de Kalbermatten, również lotniarza. Hubert udał się do Mieussy. Po dwóch lotach w obecności licznej publiczności, zachwycony nowym sportem, był przekonany, że rozwój wolnego latania ma wielką przyszłość.

Aupetit jest autorem pierwszego podręcznika na temat spadochronów szybujących "ABC du Parapente". Kilka dni później także Laurent de Kalbermatten wybrał się do Mieussy żeby obejrzeć loty na spadochronach. Startowisko było pełne ludzi, a każdy spadochron zajęty. Richard Trinquier wysłał zachwyconego Laurenta na górkę szkoleniową. Jednak była to obraza dla lotniowego Mistrza Szwajcarii z roku 1974, pilota samolotowego i konstruktora ULM, wiec Laurent pomaszerował prosto na startowisko. Po prawie dwóch godzinach czekania przyszła kolej na niego. "Ile lotów szkoleniowych wykonałeś?" zapytał instruktor na starcie, "Żadnego". Po krótkiej dyskusji instruktor zapiął go do sprzętu i zaczęła się zabawa.
Dwóch pomocników trzymało skrzydło, żeby miękka czasza mogła się wypełnić powietrzem i po energicznym biegu pilot wzbił się w powietrze. Po dwóch minutach i kilku ryzykownych zakrętach Laurent stanął na ziemi. Najchętniej wróciłby od razu na startowisko i poleciał jeszcze raz, ale już kolejni chętni czekali na spadochron.

Następnego dnia de Kalbermatten udał się do Ecuvillens, małego lotniska w pobliżu Freiburga. Z tamtejszego klubu spadochronowego kupił za 500 Fr używany spadochron i wrócił do Mieussy. Teraz miał już własny sprzęt, ale jako dobry ekonomista zauważył, że jest tam ponad 100 osób, które chętnie kupią spadochron, jeśli tylko jakiś się trafi. Laurent był pewny, że spadochrony nie są najlepszymi urządzeniami do swobodnego latania. Nadal potrzeba było dwóch pomocników przy starcie, a osiągi nie były zachwycające. Do tego uprzęże miały wiele cech, poza wygodą.
Nowo utworzona firma Laurenta, która zajmowała się sprzedażą samolotów ultralekkich nie prosperowała tak dobrze, jak by sobie życzył . Nie sprzedał żadnego egzemplarza swojego Mini-Spita. Dlatego postanowił zająć się produkcją paralotni. W krótkim czasie przedstawił swój prototyp, który tak jak spadochrony nie miał otworów w żebrach, wyrównujących ciśnienie w komorach, co powodowało, że skrzydło pracowało jak akordeon. Kolejny prototyp miał siedem komór, otwory w żebrach, zupełnie nową uprząż i już po pierwszym locie stwierdzono, że lata lepiej niż wszystkie inne.
Przy tym osiągnięto także inny ważny cel - urządzenie było łatwe w starcie.

Do uszycia skrzydła Laurent de Kalbermatten użył tkaniny spinakerowej, która jest mocniejsza i pozwoliła na starty bez trzymania czaszy przez pomocników. Loty testowe wykonali w Chamonix Serge Tuaz oraz Xavier Rémond. Laurent nie mógł sam testować skrzydeł, ponieważ musiał nosić gorset po twardym lądowaniu na prototypie. Nadal poszukiwał też odpowiedniego materiału i szukał po świecie możliwości otwarcia linii produkcyjnych. Pierwsze skrzydła powstawały we Francji, Izraelu, Hong Kongu oraz w Szwajcarii. Nowe skrzydło miało swoją nazwę, Hubert Aupetit przedstawił swoją propozycję. Randonneuse - co oznaczało "górski wędrowiec". Ideą Huberta było, żeby skrzydło mogło wszędzie towarzyszyć turystom i mozolną wspinaczkę wynagradzało przyjemnym zlotem.

Zaledwie pojawiły się pierwsze skrzydła, Laurent zgłosił się do SHV, żeby dowiedzieć się jakie będą regulacje prawne dla nowego sportu. Paralotnie zostały od razu zakwalifikowane na równi z lotniami do tej samej kategorii. Urządzenia musiały mieć atest, ale jaki? Ponieważ wyglądały jak spadochrony, pierwsze testy wykonywane były po skoku z samolotu. Pilotem testowym był Martin Sigel, znakomity specjalista w dziedzinie spadochronów, a kamerzystą Freddy Krähenbühl. Sigel miał skrzydło spakowane do pokrowca na spadochron tandemowy, bez slidera. Zaraz po wyjściu z samolotu skrzydło miało zostać otwarte, bez swobodnego opadania. Sigel odczekał jednak ok. 7 sekund i dopiero otwarł skrzydło. Otwarcie było bezproblemowe i Sigel zmierzał bezpiecznie do ziemi. Pierwszy test został zaliczony. Po otrzymaniu atestu i nadaniu nazwy, posypały się zamówienia. Firma Ailes de K zarejestrowała przypływ zamówień, nie do zrealizowania. W krótkim czasie sprzedali 100 skrzydeł, a to był dopiero początek.

Początek roku 1986 - narodziny paralotniarstwa. Wkrótce zaczęli powstawać nowi producenci i szkoły latania, a sport rozprzestrzenił się po całym świecie. Z roku na rok konstrukcje były udoskonalane, dążąc do poprawienia osiągów, przy zwiększeniu poziomu bezpieczeństwa. Wprowadzono normy testowe i każdy nowy model jest testowany i klasyfikowany według stopnia bezpieczeństwa. W Polsce pierwsze paralotnie pojawiły się w latach 1987 - 88 i były to przeszywane spadochrony komorowe. Później pojawili się pierwsi producenci, a wprowadzenie nowoczesnych tkanin i linek i zastosowanie komputera do projektowania skrzydeł sprawiło, że krajowe konstrukcje nie odbiegają już od zachodnich. Wśród dzisiejszych skrzydeł każdy może znaleźć odpowiednie dla siebie, w zależności od tego, czy ma być przeznaczone do latania rekreacyjnego, czy też ma mieć najlepsze osiągi i służyć do latania zawodniczego.

FACEBOOK

O NAS

alti logo

Szkoła Paralotniowa „ALTI” powstała w 1994 roku w Międzybrodziu Żywieckim. Teren ten jest znanym od czasów międzywojennych szybowiskiem, gdzie piloci z całego kraju i z zagranicy przyjeżdżali, aby doskonalić swoje umiejętności w lotach górskich. Znakomite warunki do uprawiania sportów szybowcowych, lotniarstwa i paralotniarstwa oraz usytuowanie na zboczach góry Żar (761 m n.p.m.) nad Jeziorem Żywieckm i Międzybrodzkim zapewniają  niezapomniane wrażenia.

KONTAKT

ALTI S.C. Tamara Dudek i Tomasz Bieńkowski
ul. Isepnicka 29
34-315 Międzybrodzie Żywieckie
Konto
ING Bank Śląski
41 1050 1070 1000 0091 4546 4633 
Telefony

601 513 015 zgłoszenia, informacje
33 866 11 19 
Hotel Niagara


E-mail

szkolenia@alti-paralotnie.pl
sklep@alti-paralotnie.pl